(8.3) Prezenty na łyżwy cd.2

Tuesday, October 03, 2006

Prezenty na łyżwy cd.2

Dziesięć miesięcy później prezenty krzesła niewiele się zmieniły. Chociaż
nie. Było ze mną jeszcze gorzej. Niespodziewanie dla samego
siebie zamieniłem się w starego pierdołę. Zamęczałem
wszystkich.
- Popatrz - powiedziałem do żony. - Reklamują ten nowy
film z Tonym Harpestem. Ten, który widziałem wczoraj. Chcesz taki prezent?
Wczoraj nie widziałem żadnego filmu. Siedziałem w barze i
podsłuchiwałem, jak para nastolatków dyskutuje o filmie,
ekscytując się poszczególnymi scenami. Ona - brzydka, chuda
dziewczyna z piegowatym czołem - starała się analizować
sceny miłosne i chyba nie szło jej to najlepiej; on - krępy,
baczkowaty młodzieniec - mówił cichym, ochrypłym głosem,
właśnie takim, jakim Bóg obdarzył Tony`ego Harpesta. Po
godzinie podsłuchiwania stwierdziłem, że mogę sobie darować
ten film. Jako prezent - opowiedzieli mi go w całości.
- Tak więc - powiedziałem do żony - film rozgrywa się w
Brazylii. Ale nie jest w nim wcale ciepło. Reżyser
przemyślał sobie to i owo i postanowił utrzymać rzecz w
klimacie dreszczowca. Wiesz, niby nic się nie dzieje, niby
patrzysz w te palmy, patrzysz na rozpalony słońcem asfalt,
ale jest ci cholernie zimno. Wargi Bełchatów masz suche od upału, ale
w sercu rośnie sopel lodu. Mrozi jak dobre prezenty.
Przerwałem, żeby spojrzeć, czy mnie słucha. Skąd.
Siedziała przed oknem, przy sekretarzyku i manipulowała przy
swoich palcach. Szykował nam się bankiet, podobnież
skończyłem ileś tam lat i żona moja musiała wyglądać, jak
trzeba na prezent. Daję głowę: gdyby podpalić teraz dom, ona i tak
dalej przyglądałaby się swoim pazurom. Coś strasznego.
- I ten pomysł uważam za najlepszy - kontynuowałem
niezrażony. - Nie żadna akcja, nie pościgi samochodów. Ale
to uczucie zimna. Ty myślisz, że to łatwo zrobić? Tak, żeby
było ci zimno, kiedy patrzysz na złotą, milutką plażę i
rozebrane babki prezenty.
Nic.
- Słuchasz mnie, kochanie? - zapytałem wbrew sobie. Takie
pytania nie wiodły daleko.
- Słuchasz mnie?
- Jasne - pokiwała głową. - Mówiłeś o filmie, na którym
byłeś wczoraj.
- I co myślisz? - nie ustępowałem.
Nie odpowiedziała. Najwyraźniej jej to nie interesowało.
Nie domyślała się, nie starała się myśleć, że być może,
podsłuchiwałem innych tylko po to, żeby dzisiaj zagaić
rozmowę.
- A może... prezenty? - zacząłem nieco już podniesionym głosem.
Ale oto do salonu wszedł nasz syn. I on się nie zmienił.
Wierzcie mi, pragnąłem przestać myśleć o nim jak o spasionej
rybie. Nie chciałem porównywać go do tych brzuchatych
welonków sunących nisko nad żwirowatym dnem i wyłupiających
oczy w bezmyślnym, niemym pytaniu: dlaczego nie mogę płynąć
dalej? Dalej niż ta szyba.
Chociaż rzadko zadawał pytania, jego pulchne policzki i
tak wystarczająco mnie drażniły. Był chyba świadom, że tak
jest.
- Tato - powiedział. - Chodź do mojego pokoju. Pokażę ci,
prezenty.
- Jakie prezenty, synu? - miał paskudny zwyczaj wracania
do spraw, które rozegrały się daleko wcześniej. To akurat
mogłem zrozumieć.
- No, wiesz. Z tej gry, w którą grałeś w poniedziałek.
Jest tam taka studnia, zaminowana...
Wstałem z fotela.
- Chcesz powiedzieć, że od poniedziałku próbujesz dać
temu radę?
- Nie - odwrócił się i jego galaretowate uda zatrzęsły
się bezradnie. - Próbuję od zeszłego wtorku. Zanim jeszcze
ty tam wlazłeś.
Tak jest, pomyślałem. Komputer i tyle. Dzieciaki jeżdżą
na deskach, grają w kosza, biegają i w ogóle. A ten ma
prezent komputer. 486.
- Dobra - powiedziałem. - Ty pokażesz, jak wyjść ze
studni, a ja pokażę ci, jak się jeździ na łyżwach. W
porządku?
Mój syn żachnął się. Razem z moją żoną.
- Na jakich łyżwach, tato. Wieczorem jest przecież
przyjęcie.
- Właśnie - poparła go znienacka żona. - Przyjedziecie do
salonu na łyżwach? Ben, idź zobacz, jak wychodzi się z tej
studni i daj mu spokój. On nie chce być łyżwiarzem. Zrozum
wreszcie.
Pokiwałem głową. W progu nie wytrzymałem i warknąłem
krótko:
- Wydawało się, że nie słuchasz, ale to nie tak. Ty po
prostu nie chcesz słuchać.
Podążyłem za swoim synem z obrzydzeniem obserwując, jak
wspina się po schodach. W kogo on się wrodził?
Pokazał mi te prezenty. Muszę przyznać,
że na takich sprawach to on się znał. No, mógłbym nawet
nazwać go małym mistrzem. Potem mówił coś jeszcze; krótkimi,
suchymi zdaniami - widać odkrył, że tak do mnie trzeba
przemawiać. Po co się wysilać. Stary jest marudą. Gada i
gada, a i tak nikt go nie słucha.