Prezenty na łyżwy cd.2
Dziesięć miesięcy później prezenty krzesła niewiele się zmieniły. Chociaż
nie. Było ze mną jeszcze gorzej. Niespodziewanie dla samego
siebie zamieniłem się w starego pierdołę. Zamęczałem
wszystkich.
- Popatrz - powiedziałem do żony. - Reklamują ten nowy
film z Tonym Harpestem. Ten, który widziałem wczoraj. Chcesz taki prezent?
Wczoraj nie widziałem żadnego filmu. Siedziałem w barze i
podsłuchiwałem, jak para nastolatków dyskutuje o filmie,
ekscytując się poszczególnymi scenami. Ona - brzydka, chuda
dziewczyna z piegowatym czołem - starała się analizować
sceny miłosne i chyba nie szło jej to najlepiej; on - krępy,
baczkowaty młodzieniec - mówił cichym, ochrypłym głosem,
właśnie takim, jakim Bóg obdarzył Tony`ego Harpesta. Po
godzinie podsłuchiwania stwierdziłem, że mogę sobie darować
ten film. Jako prezent - opowiedzieli mi go w całości.
- Tak więc - powiedziałem do żony - film rozgrywa się w
Brazylii. Ale nie jest w nim wcale ciepło. Reżyser
przemyślał sobie to i owo i postanowił utrzymać rzecz w
klimacie dreszczowca. Wiesz, niby nic się nie dzieje, niby
patrzysz w te palmy, patrzysz na rozpalony słońcem asfalt,
ale jest ci cholernie zimno. Wargi Bełchatów masz suche od upału, ale
w sercu rośnie sopel lodu. Mrozi jak dobre prezenty.
Przerwałem, żeby spojrzeć, czy mnie słucha. Skąd.
Siedziała przed oknem, przy sekretarzyku i manipulowała przy
swoich palcach. Szykował nam się bankiet, podobnież
skończyłem ileś tam lat i żona moja musiała wyglądać, jak
trzeba na prezent. Daję głowę: gdyby podpalić teraz dom, ona i tak
dalej przyglądałaby się swoim pazurom. Coś strasznego.
- I ten pomysł uważam za najlepszy - kontynuowałem
niezrażony. - Nie żadna akcja, nie pościgi samochodów. Ale
to uczucie zimna. Ty myślisz, że to łatwo zrobić? Tak, żeby
było ci zimno, kiedy patrzysz na złotą, milutką plażę i
rozebrane babki prezenty.
Nic.
- Słuchasz mnie, kochanie? - zapytałem wbrew sobie. Takie
pytania nie wiodły daleko.
- Słuchasz mnie?
- Jasne - pokiwała głową. - Mówiłeś o filmie, na którym
byłeś wczoraj.
- I co myślisz? - nie ustępowałem.
Nie odpowiedziała. Najwyraźniej jej to nie interesowało.
Nie domyślała się, nie starała się myśleć, że być może,
podsłuchiwałem innych tylko po to, żeby dzisiaj zagaić
rozmowę.
- A może... prezenty? - zacząłem nieco już podniesionym głosem.
Ale oto do salonu wszedł nasz syn. I on się nie zmienił.
Wierzcie mi, pragnąłem przestać myśleć o nim jak o spasionej
rybie. Nie chciałem porównywać go do tych brzuchatych
welonków sunących nisko nad żwirowatym dnem i wyłupiających
oczy w bezmyślnym, niemym pytaniu: dlaczego nie mogę płynąć
dalej? Dalej niż ta szyba.
Chociaż rzadko zadawał pytania, jego pulchne policzki i
tak wystarczająco mnie drażniły. Był chyba świadom, że tak
jest.
- Tato - powiedział. - Chodź do mojego pokoju. Pokażę ci,
prezenty.
- Jakie prezenty, synu? - miał paskudny zwyczaj wracania
do spraw, które rozegrały się daleko wcześniej. To akurat
mogłem zrozumieć.
- No, wiesz. Z tej gry, w którą grałeś w poniedziałek.
Jest tam taka studnia, zaminowana...
Wstałem z fotela.
- Chcesz powiedzieć, że od poniedziałku próbujesz dać
temu radę?
- Nie - odwrócił się i jego galaretowate uda zatrzęsły
się bezradnie. - Próbuję od zeszłego wtorku. Zanim jeszcze
ty tam wlazłeś.
Tak jest, pomyślałem. Komputer i tyle. Dzieciaki jeżdżą
na deskach, grają w kosza, biegają i w ogóle. A ten ma
prezent komputer. 486.
- Dobra - powiedziałem. - Ty pokażesz, jak wyjść ze
studni, a ja pokażę ci, jak się jeździ na łyżwach. W
porządku?
Mój syn żachnął się. Razem z moją żoną.
- Na jakich łyżwach, tato. Wieczorem jest przecież
przyjęcie.
- Właśnie - poparła go znienacka żona. - Przyjedziecie do
salonu na łyżwach? Ben, idź zobacz, jak wychodzi się z tej
studni i daj mu spokój. On nie chce być łyżwiarzem. Zrozum
wreszcie.
Pokiwałem głową. W progu nie wytrzymałem i warknąłem
krótko:
- Wydawało się, że nie słuchasz, ale to nie tak. Ty po
prostu nie chcesz słuchać.
Podążyłem za swoim synem z obrzydzeniem obserwując, jak
wspina się po schodach. W kogo on się wrodził?
Pokazał mi te prezenty. Muszę przyznać,
że na takich sprawach to on się znał. No, mógłbym nawet
nazwać go małym mistrzem. Potem mówił coś jeszcze; krótkimi,
suchymi zdaniami - widać odkrył, że tak do mnie trzeba
przemawiać. Po co się wysilać. Stary jest marudą. Gada i
gada, a i tak nikt go nie słucha.
